sobota, 10 sierpnia 2013

Harry Styles - POWRÓT DO PRZYSZŁOŚCI .

Harry Styles  -  POWRÓT DO PRZYSZŁOŚCI  .



Nowy rok oznaczał powrót do pracy. Wiedzieliśmy, że będzie dużo zajęcia. Zbliżała się trasa koncertowa, mieliśmy więc przed nią próby, a poza tym odbywaliśmy sporo spotkań i dawaliśmy występy, tak że praktycznie non-stop coś się działo. Ale wszyscy dobrze wypoczęliśmy w święta i byliśmy gotowi na to.

Jedną z pierwszych rzeczy był wyjazd do Los Angeles. Gdy powiedziano nam, że mamy tam polecieć, dosłownie rozdziawiłem gębę. Uwielbiam podróże zagraniczne, ale nigdy nie byłem w LA, choć zawsze chciałem. Dużo czytałem o tym mieście, nie mogłem się więc doczekać, żeby zobaczyć, ile z tego to prawda.

 

 
 
LA to coś innego. Na kogo się tam nie spojrzy, wygląda na jakąś sławę, ale spodobało mi się też to miasto jako samo miasto. Było naprawdę gorąco, więc przez większą część czasu nosiliśmy tylko szorty i koszulki, i często chodziliśmy się ochłodzić, bo hotel, w którym się zatrzymaliśmy, Hotel W, miał basen.

Zaskoczyło mnie to, że ludzie są tam tacy uprzejmi. Kiedy w Anglii przyniosą ci w hotelu śniadanie do pokoju, po prostu stawiają tacę i ledwie odezwą się jakimś słowem. A tam są tak radośni, że chciałoby się zaprosić ich na to śniadanie. Kobieta, która przyniosła mi jedzenie, mówiła: "Dzień dobry, panu. Jak tam dzionek? Gdzie chce pan, żebym postawiła te pyszności?" Dosłownie nie wiedzieli, jak nam dogodzić.

Zrobiliśmy trochę nagrań w wyjątkowo fajnym kompleksie, w którym jednocześnie działo się mnóstwo różnych rzeczy. W jednym studiu nagrywano chórki do Glee, sto metrów dalej był gabinet Randy'ego Jacksona, podeszliśmy tam więc i się poznaliśmy. To świetny facet. Był bardzo sympatyczny.

Mieliśmy też trochę wolnego czasu na zakupy, więc zrobiłem dosłownie nalot na Abercrombie & Fitch. Louis ocenia, że kupiłem tam każdy t-shirt, jaki mieli w sprzedaży, ale myślę, że przesadza. Trochę jednak faktycznie wziąłem...

Żałuję, że nie było więcej czasu w LA, ale naprawdę dobrze bawiliśmy się przez pięć dni naszego pobytu. Było tak, jak się spodziewałem, ze słońcem i wyjątkowymi ludźmi. Zdecydowanie jest to miejsce, do którego chciałbym jeszcze wrócić. Na pewno chcę pójść na plażę Venice Beach i przekonać się, jak tam jest.

Byliśmy wszyscy dosyć wykończeni, gdy wylądowaliśmy z powrotem w Londynie, ale szybko rozbudził nas widok setek fanów. Historia o tym, jak zostaliśmy przyparci przez tłum i trzeba było wzywać policję i tak dalej, obrosła już troszkę legendami. Nigdy wcześniej nie doświadczyłem niczego podobnego. Widywaliśmy już mnóstwo fanów przy okazji X Factora, ale zwykle byli na zewnątrz za brama lub na widowni. A kiedy spotykaliśmy fanów w hotelu albo po występie w klubie, zwykle były to małe grupy. Hej, tutaj to zdecydowanie nie była mała grupa!


 
 
Całe wydarzenie, kiedy trzeba było przebiec przez tłum, po prostu mnie zszokowało, ale powiedziałem sobie, że mam się tym bawić, a nie przerażać, bo rozumiałem, że to jest coś wyjątkowego. Gdy znaleźliśmy się potem w policyjnej furgonetce, patrzyliśmy na siebie i myśleliśmy: "Ki diabeł?" Wydawało się prawie, jakby to się nie zdarzyło, takie było nierealne. Ale gdy wracam do tego myślami z perspektywy czasu, to był niesamowity moment.

Kiedy nadeszła pora prób przed trasą, wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, że czeka nas naprawdę ciężka praca. Chcieliśmy dać niesamowite przedstawienie, mieliśmy więc bardzo dużo do opanowania, między innymi sekwencje taneczne. Uczono nas na przykład, jak wkładać więcej energii w ruch, co wcale nie jest łatwe, gdy występujesz w pustym hangarze bez publiczności.

Musieliśmy też przećwiczyć wrzucanie kawałków mówionych w piosenki, co też wyglądało dziwacznie, bo zwracaliśmy się do sześcioosobowej publiczności złożonej z personelu technicznego i nie uzyskiwaliśmy najmniejszej reakcji.

Ostateczną zapłatą za całą tę wykonaną robotę było wykorzystanie wszystkiego, czego się nauczyliśmy, w praktyce. Nie potrafię nawet zacząć opisywać, co czuliśmy, stając razem na scenie podczas pierwszego koncertu trasy w Birmingham. Rzut oka na publiczność, zobaczenie wszystkich tych transparentów i usłyszenie jak ludzie krzyczą twoje imię... Naprawdę niewiele rzeczy to przebija. Występowaliśmy w X Factorze i graliśmy w klubach, ale nic się z tym nie równa. Musiałem postać tam przez moment, żeby to wszystko wchłonąć, ale jak tylko zaczęliśmy śpiewać, byliśmy już nakręceni. Myślę nawet, że ten pierwszy występ na wielkiej arenie w Birmingham różnił się od wszystkiego, co robiliśmy wcześniej, również pod względem energii, którą w niego wkładaliśmy, i tego, ile poruszaliśmy się po scenie. Bycie na niej wydawało się takie naturalne, choć jednocześnie kompletnie i do szczętu surrealne. Były takie momenty, kiedy spoglądaliśmy na siebie nawzajem i widziałem, że wszyscy mieliśmy tę samą myśl w głowie: "To nieprawdopodobne!"

Nie daje się opisać przyspieszenia, jakie człowiek dostaje, kiedy stoi na scenie przed tyloma ludźmi. Chciałbym, żeby każdy mógł zaznać tego uczucia. Mogę być zupełnie wyczerpany czy w podłym nastroju, a potem wchodzę na scenę i czuję się niesamowicie. Jestem taki nabuzowany, gdy schodzę z estrady, że krzyczę i skaczę naokoło. To uczucie niepodobne do niczego.

Trasa tak bardzo mi się podobała, że chciałbym, żeby nigdy się nie kończyła. Nie tęskniłem nawet za domem, bo byliśmy tak zajęci, ze nie było czasu o tym myśleć, choć - prawdę mówiąc - czułem z tego powodu wyrzuty sumienia.

Generalnie zachowywaliśmy się podczas trasy całkiem poprawnie, chociaż czasem coś nas nachodziło, jak przy okazji bitew na owoce. Przynajmniej nie wyrzucaliśmy przez okna telewizorów ani niczego innego... ale jest jeszcze czas.

Impreza na zakończenie trasy była udana, jednak wszyscy ze smutkiem żegnaliśmy się ze sobą. Zostałem do piątej nad ranem, więc byłem dość wymęczony następnego dnia, ale ten dzień mieliśmy wolny, przeznaczony na odparowanie, więc nie miało to wielkiego znaczenia.

Po skończeniu trasy Louis, jego kolega Stan, mój przyjaciel Johnny i ja pojechaliśmy na narty. Nigdy wcześniej nie jeździłem na nartach i strasznie chciałem tego spróbować. Fantastycznie bawiliśmy się w Courchevel, chętnie jeszcze bym tam wrócił.

Naprawdę zdrowo napracowaliśmy się nad tym, aby znaleźć odpowiednie piosenki do albumu. Musiały być idealne. Chcieliśmy, aby nasz pierwszy singiel stał się wielką piosenką na lato. Na przykład kiedy Black Eyed Peas wypuścili I Gotta Feeling in 2009, piosenka stała się przebojem lata. Gdy ludzie ją usłyszeli, przypominała im o różnych świetnych chwilach, które przeżyli. Chcieliśmy, aby nasz pierwszy singiel też był taki; żeby była to piosenka, którą wszyscy zapamiętają.

Ludzie, z którymi przyszło nam pracować nad albumem, byli po prostu niewiarygodni. Steve Robson jest szalenie, szalenie utalentowany. Pracował z Jamesem Morrisonem i Take That, i wieloma innymi. Znakomicie pracowało nam się też z RedOne i Rami, którzy są żywą legendą. To takie niesamowite nagrywać we wszystkich tych studiach, do których nawet w najśmielszych marzeniach nie moglibyśmy wejść, gdyby nie utworzenie zespołu. To było zupełnie surrealne doświadczenie.

Trudno nam było uwierzyć też, że nasza poprzednia książka weszła na pierwsze miejsce list bestsellerów. Bardzo ekscytowało nas to, że zostanie wydana, i mieliśmy nadzieję, że część fanów ją kupi, ale nie spodziewaliśmy się, że będzie ich tak wielu. To był kompletny szok i wielkie emocje. Fani, którzy przychodzili na podpisywanie książek, byli cudowni. Dostałem mnóstwo żółwi morskich, bo powiedziałem kiedyś, że mi się podobają. To takie miłe, kiedy ludzie zapamiętują jakieś drobiazgi, które się powie, i potem rozmawiają o nich z tobą.

Zrobiliśmy tyle świetnych rzeczy w tym roku. Ciekawym doświadczeniem było nagrywanie filmu dokumentalnego, ale jesteśmy już przyzwyczajeni do kamer, więc wszyscy czuliśmy się przy nich na pełnym luzie. Zawsze fajne są też sesje fotograficzne. Choć uczestniczyliśmy już w nich wielokrotnie, za każdym razem, wydaje się, że to nowe przeżycie.

Pokazanie się w programie Alana Titchmarsha było bardzo rozrywkowe, bo to jeden z tych programów, który każdy ogląda. Alan to ogromnie sympatyczny człowiek. To był nasz pierwszy prawdziwy program telewizyjny po X Factorze, więc na pewno na zawsze go zapamiętamy.


 
 


 
 

1 komentarz: